Powinna być na to gotowa.
Przecież od dawna było wiadomo, że choroba jej ojca właśnie tak się skończy.
Józef starał się ich przygotować na swoje odejście. Teraz wiedziała, że nie da
się na to przygotować i że ból wcale nie jest mniejszy. Śmierć jej matki była
zaskoczeniem dla całej rodziny. Śmierć Józefa była łatwa do przewidzenia,
niemal zaplanowana co do tygodnia, a jednak i tak zaskoczyła i tak bolała. Nie
potrafiła myśleć logicznie. Dobrze, że był z nią Marek. Zajął się
formalnościami i zawiózł ją do domu. Był razem z nimi, gdy przekazywała
dzieciakom tą tragiczną wiadomość. Tulił ją w swoich ramionach, wycierał łzy.
Po prostu był. Niewiele mówił. Wiedział, że żadne słowa nie ukoją jej bólu.
Wyjechał z Rysiowa przed północą, obiecując, że pojawi się jutro i razem z Maćkiem
zajmie się kwestią pogrzebu. Była mu wdzięczna.
Na małym rysiowskim cmentarzu
zgromadziło się niewiele ponad trzydzieści osób. Trochę dalszej rodziny oraz najbliżsi
sąsiedzi z Szymczykami i Dąbrowską na czele. Wszystkim najbardziej było żal
małej Beti, która cicho łkała wtulona w ramiona Maćka. W pierwszym rzędzie stał
jeszcze Jasiek i Ula, której co rusz nowe chusteczki podawał stojący krok za
nią Marek. Nie organizowali stypy. Ula nie miała do tego głowy. Marek chciał
się tym zająć, ale stwierdziła, że z pewnością nie będzie w nastroju na
zagadywanie ciotek i kuzynów, których nie widziała od lat. Cieplaki wraz z
Maćkiem i Markiem jako ostatni opuścili cmentarz. Dobrzański objął ją
ramieniem. Gdyby tylko mógł, część jej bólu wziąłby na siebie. Ściskało go w
środku, gdy widział jej łzy. Miała takie piękne oczy, które zachwyciły go od
samego początku. Przyjeżdżał po pracy przez kolejne dni. Początek maja był
wyjątkowo ciepły. Siadali z Ulą w ogrodzie na bujawce, którą dwa lata wcześniej
zbudował Józef. Przygarniał ją do siebie i tulił do piersi. Dzięki temu, że był
choć przez chwilę czuła się spokojnie i bezpiecznie. On napawał się jej ciepłem
i zapachem. Bez skrępowania zanurzał nos w jej kasztanowe włosy, z czułością
gładził jej ramię, plecy. Milczeli, ale ta cisza im nie ciążyła. Była wręcz
oczyszczająca.
- Kiedy wracasz do pracy? –
zapytał cicho
- Nie wracam – odparła ocierając
mokre policzki
- Masz jeszcze urlop?
- Zwolnili mnie – obrzucił ją
zdziwionym spojrzeniem
- Kiedy?
- W dniu, w którym zmarł mój
ojciec – powiedziała zdławionym głosem
- Dlaczego mi nie powiedziałaś? –
karcąco spojrzał jej w oczy.
- Bo miałam ważniejsze sprawy na
głowie. Od dawna chcieli mnie zwolnić. W zasadzie to już od Bożego Narodzenia.
Bo nie przykładałam się, myliłam, często brałam wolne. Ta sytuacja mnie
przerosła i po prostu sobie nie radziłam. Nie potrafiłam skupić się na
cyferkach, gdy mój ojciec cierpiał z bólu – westchnęła – Mamy trochę
oszczędności. Na kilka miesięcy wystarczy. Od końca maja zacznę szukać nowej
pracy. Póki co muszę się pozbierać do kupy – wyjaśniła rzeczowo
- Możesz pracować w
Febo&Dobrzański. Myślę, że w dziale księgowości coś się znajdzie –
zaproponował
- Zbyt wiele już dla nas zrobiłeś
- Ula..
- Przecież ja zdaje sobie sprawę
z tego, że ty nie masz wolnego etatu. Marek, ja naprawdę muszę zacząć sobie
radzić sama
- Umówmy się tak. Poszukasz
pracy, a jeśli jej nie znajdziesz do lipca zatrudnię cię w FD. Na zastępstwo.
Moja asystentka jest w ciąży i od końca lipca odchodzi na rok. Zgoda? –
spojrzał na nią wyczekująco
- Zgoda – uśmiechnęła się
nieznacznie
- I to właśnie lubię – odparł –
masz piękny uśmiech – dodał lekko nieobecnym tonem i w przypływie chwili musnął
swoimi wargami jej usta. Ku jego początkowemu zaskoczeniu oddała pocałunek z
pasją. Na kilka chwil oboje kompletnie się zatracili. Jednak po chwili przyszło
opamiętanie. Odsunął się gwałtownie, co doprowadziło ją do konsternacji.
- Przepraszam, nie powinienem
był. Wykorzystuję sytuację – unikał jej wzroku, czuł się zmieszany.
- Od dawna miałam na to ochotę –
szepnęła z delikatnym uśmiechem na ustach. Przez krótką chwilę przyglądał jej
się bez słowa, by jeszcze w tej samej minucie zaatakować jej usta żarliwym
pocałunkiem.
Przyjeżdżał praktycznie
codziennie. Gdy był z nią, na chwilę przestawała myśleć o śmierci ojca,
problemach, jakie na nią czekają, przyszłości. Cieszyła się chwilą i jego
obecnością. Dzięki niemu na jej ustach znów zaczął pojawiać się uśmiech.
Zabierał ją na spacery lub krótkie wycieczki. Unikał kin, teatrów, przyjęć.
Wiedział, że wciąż jest w żałobie i taka propozycja byłaby niestosowna. Czuł
się z nią szczęśliwy. Pierwszy raz, od bardzo dawna. Do jego życia wkradła się
normalność za którą od zawsze tęsknił. Tak naprawdę tylko Jasiek, Maciek i niewiele
jeszcze rozumiejąca Beatka byli świadkami rodzącego się między nimi uczucia.
Początek lipca był bardzo upalny.
Żar lał się z nieba. Ula w czarnej spódnicy i bluzce w kolorze brudnego różu
wracała z kolejnej rozmowy kwalifikacyjnej. Po raz enty w ciągu ostatnich
pięciu tygodniu usłyszała ‘skontaktujemy się z panią w ciągu kilku dni’. Miała
dosyć. Wiedziała, że następna na liście firma stwarzała pozory. Poszukiwali
pracownika, którego tak naprawdę nie potrzebowali, bo na to miejsce czekał już
stryjek sąsiada przyjaciela prezesa. Coraz brutalniej docierało do niej, że nie
liczy się jej wykształcenie, znajomość języków, a znajomości, których nie
miała. Marek wciąż upierał się, by zatrudnić ją w FD. Chciała tego uniknąć z
uwagi na łączącą ich relację. Postanowiła dać sobie jeszcze tydzień. Jeśli
kolejne spotkania nie przyniosą umowy o pracę, wówczas zgodzi się zostać
asystentką prezesa Febo&Dobrzański. Zresztą w najbliższym tygodniu Marek i
tak wylatywał do Zurychu na trzy dni.
Wiedziała, że będzie bardzo
zajęty, dlatego nie narzucała się z telefonami. Prosiła tylko, by dał znać, gdy
wyląduje. Zgodnie z umową zadzwonił. Rozmawiali chwilę. Następnego dnia wysłał
jeszcze dwa sms’y. Nastał czwartek i moment jego planowego powrotu. Z pewnym
niepokojem czekała na telefon od niego, że już wylądował. Sprawdziła w Internecie,
że jego samolot usiadł na Okęciu o siedemnastej trzydzieści siedem. Rzuciła
okiem na zegarek, który wskazywał dziewiętnastą. ‘Już dawno powinien być w
domu’ stwierdziła z niepokojem i chwyciła do ręki swoją Nokię. Drżącymi palcami
wybrała jego numer. Miał wyłączony telefon. Wyobrażała sobie najgorsze.
Próbowała dodzwonić się jeszcze kilka razy. Wciąż automatycznie włączała jej
się poczta. Tej nocy zdrzemnęła się raptem na dwie godziny. Wciąż myślała o
Marku. Bała się, tak cholernie się bała. Jej wyobraźnia pisała różne
scenariusze. Z samego rana, gdy tylko zaprowadziła Beatkę do sąsiadów pojechała
do jego firmy. Wjechała na piąte piętro i skierowała się do recepcjonistki
- Dzień dobry, szukam Marka
Dobrzańskiego
- Przykro mi, ale prezesa nie ma
– uprzejmie odpowiedziała wysoka brunetka
- A kiedy będzie?
- Z tego co wiem w przyszłym
tygodniu w środę, a była pani umówiona?
- Nie, nie – odparła lekko
zamyślona
- Bo jeśli tak, to mogę panią
zaanonsować do prezesa Krzysztofa Dobrzańskiego. Zastępuje Marka
- Nie, dziękuję. To nie będzie
konieczne – rzuciła i pospiesznie opuściła budynek Febo&Dobrzański. Usiadła
w pobliskim parku i zamyśliła się. ‘Oszukał mnie’ powtarzała w myślach. Czuła
się zdezorientowana. Nigdy nie przyłapała go na kłamstwie nawet w
najdrobniejszej rzeczy. Fakt, znali się stosunkowo krótko, ale wydawał się
uczciwym i dobrym człowiekiem. ‘Może kogoś ma?’ pytała samą siebie analizując
jego zachowanie z kilku ostatnich tygodni. Wszystko zaczynało układać się w
logiczną całość. Jego zniknięcie pod pozorem interesów na Zachodzie, jego
ostrożność w kontaktach. Teoretycznie byli razem ponad dwa miesiące. Owszem
całował, przytulał, ale nigdy nie wysłał jej najmniejszego sygnału, że chce ją
zaciągnąć do łóżka. Dla niej z jednej strony to było wygodne. Nie była jeszcze
w pełni gotowa na taki krok, ale wiedziała, że mężczyźni szybciej dążą do
zbliżenia. Wstała i leniwym krokiem ruszyła w kierunku przystanku. Sądziła, że
trafiła na ideał. Najwidoczniej się pomyliła.
Dojechał do domu szybciej niż
zwykle. Pewnych etapów drogi nawet nie pamiętał. Zastanawiał się, co powinien
zrobić. Miał świadomość, że niektóre sprawy zaszły za daleko. Jego myśli wciąż
krążyły wokół Uli. Gdy tylko ją lepiej poznał, gdy tylko dostrzegł jaką jest
cudowną kobietą, nie tylko ładną, ale przede wszystkim dobrą i inteligentną
wyznaczył sobie granicę, którą w pewnym momencie przekroczył. Zaczynał
rozumieć, że popełnił błąd, że nie powinien pozwalać sobie na zbyt wiele. Szklankę
o grubym dnie napełnił do połowy szkocką i usiadł na kanapie, wyciągając spod
szklanego stolika czarne pudełeczko. Wyjął jedną ze spinek, które mu dała na
Gwiazdkę i uważnie jej się przyjrzał. Przypomniały mu się jej słowa. ‘Kamień
księżycowy’. Chwycił tablet i wstukał w przeglądarkę kilka liter. ‘Kamień księżycowy otwiera serce oraz pomaga
w przyjmowaniu i dawaniu miłości’. Wypił zawartość szklanki do dna. Spojrzał na
zegarek. Było już po dwudziestej pierwszej. Odłożył telefon. Było już za późno,
żeby robić w jej domu alarm. Zresztą nie miał pewności, czy nawet będzie
chciała z nim rozmawiać. Powiedział jej, że z Zurychu wraca w czwartek. Dziś
był wtorek, a on do tej pory nie zdobył się na krótki telefon. Postanowił
załatwić tę sprawę z samego rana.
- Cześć – powiedział, patrząc jej
w oczy z pewną dozą niepewności, gdy kilka minut po dziewiątej stanął w progu
jej domu
- Czemu zawdzięczam twoją wizytę?
– pretensja mieszała się w jej głosie z
żalem
- Możemy porozmawiać. Wiem, że
masz prawo być na mnie wściekła. Nie zajmę ci wiele czasu – wciąż nie odsunęła
się nawet na milimetr zapraszając go do środka.
- Dobrze – westchnęła – przejdźmy
się. Jasiek – krzyknęła do brata – wychodzę na chwilę. Zostań proszę z Beatką –
młody Cieplak pojawił się w przedpokoju chcąc zaprotestować. Za kwadrans był
umówiony ze swoją dziewczyną na wycieczkę rowerową, ale widząc strapioną minę
Dobrzańskiego i lekką irytację na twarzy siostry potakująco kiwnął głową i
wrócił do kuchni
Wolnym krokiem ruszyli w stronę
niewielkiego lasu, który znajdował się jakieś tysiąc metrów od domu numer
osiem. Ula czekała, aż on zacznie mówić. W końcu powinien mieć jej wiele do
wyjaśniania. On zbierał myśli. W końcu zamiast jego tłumaczeń usłyszała
- Powinniśmy się rozstać –
wypalił bez ogródek. Gorzko zaśmiała się pod nosem
- Czyli moje przypuszczenia się
potwierdziły. Masz kogoś… - westchnęła – Od dawna mnie oszukiwałeś? – warknęła
- Nie mam. Z reguły bywam wierny
kobiecie z którą jestem. Od samego początku nie byłem z tobą szczery. Jest coś
o czym nie wiesz i uwierz mi, będzie lepiej, jeśli zostaniemy się teraz
- O czym nie wiem? – obrzuciła go
pytającym spojrzeniem – Masz dziecko? Długi? I co się nagle takiego stało, że
doszedłeś to takich genialnych wniosków w czasie swojego rzekomego pobytu w
Zurychu
- Mam raka – rzucił krótko. Stanęła
w pół kroku i wpatrywała się w niego, modląc się w duchu, by to, co przed
chwilą usłyszała było tylko złym snem
- Co? – szepnęła cicho, kręcąc
głową w geście niedowierzania
- Nigdy cię nie zastanawiało,
dlaczego poznaliśmy się akurat na korytarzu przychodni w Centrum Onkologii?
Byłem ich pacjentem i jestem pacjentem doktora Kołodzieja – westchnął i wolno
ruszył przed siebie rozpoczynając swoją opowieść - Cztery lata temu w sierpniu miałem brać ślub z
córką wspólników moich rodziców. Z Pauliną byliśmy parą od początku studiów. To
nie była wielka miłość z telefonowali, czy łzawej komedii romantycznej. Byliśmy
razem raczej z wygody i faktu, że tego chcieli nasi rodzice. Dwa miesiące przed
ślubem zupełnie przypadkiem wykryto u mnie nowotwór jądra. Gdy tylko
powiedziałem o tym Pauli w ciągu godziny spakowała dwie swoje walizki i się
wyprowadziła twierdząc, że nie chce być z facetem, który nie może mieć dzieci –
zaśmiał się nerwowo, a ona spojrzała na niego ze współczuciem – to było wtedy
dla niej najważniejsze, mimo, iż od zawsze twierdziła, że nie nadaje się na
matkę. Usunęli mi jądro, przeszedłem długie leczenie, które zakończyło się
sukcesem. Uwierzyłem, że mogę żyć normalnie. Że może faktycznie nigdy nie
zostanę ojcem, ale mogę stworzyć fajny związek i być szczęśliwy. I podczas
pobytu w Zurychu zadzwonił doktor Kołodziej, że moje wyniki ostatnich badań
nie są najlepsze. Spakowałem się i kilka godzin później byłem już na Ursynowie.
Leżąc w szpitalnym łóżku dotarło do mnie, że już nigdy nie będzie normalnie, że
już zawsze będę siedział na bombie, która może wybuchnąć w każdej chwili.
Zwłaszcza w tej najmniej oczekiwanej. I zrozumiałem, że ten moment wybuchu
dotknie mnie, moją rodzinę, najbliższych przyjaciół, ale przede wszystkim
ciebie. Posunąłem się za daleko wkraczając do twojego życia. Na samym początku
naszej znajomości wyznaczyłem sobie granicę, którą później przekroczyłem,
naiwnie łudząc się, że może być dobrze, normalnie. Teraz to był fałszywy alarm, ale kolejny może taki nie być. Powinniśmy to zakończyć,
póki nie jest za późno, póki można jeszcze w miarę bezboleśnie się z tego
wycofać – oznajmił wbrew sobie. Wiedział, że musi tak postąpić, że robi to dla
jej dobra.
- Zakochałam się w tobie –
odparła wciąż wstrząśnięta jego wyznaniem
- Ula – westchnął – błagam cię,
nie utrudniaj – stanął naprzeciw niej i wlepił swój wzrok w jej błękitne tęczówki
- Dla mnie to też nie jest łatwe. Chce ci oszczędzić cierpienia. Straciłaś już
matkę, ojca, limit śmierci wśród najbliższych już wyczerpałaś. Lepiej będzie,
jeśli przerwiemy to teraz. Jesteś cudowną kobietą i zasługujesz na partnera, który będzie mógł trwać u twego boku przez długie lata, który da ci szczęście, dziecko, stabilizację i bezpieczeństwo. Ja ci tego dać nie mogę.
O kurczę, czyli jednak! Marek nie chcę obarczać Uli swoim cierpieniem, swoją chorobą; nie chce jej dokładać smutku. Niby to dobrze z jego strony, ale z drugiej strony... Kurczę, oboje się kochają, to przecież się tak nie skończy, prawda? Marek zwycięży, a nawet, jeżeli nie, to Ulka przy nim będzie... Musi tak być! :)
OdpowiedzUsuńBuziaki Amicus, dobrze, że już jesteś :)
Dzięki :) Ja też się cieszę, że do Was wracam. Marek nie chce, żeby Ula całe życie żyła w niepewności, żeby musiała się zastanawiać czy kolejny rok będzie szczęśliwy, czy przepełniony bólem. Jest ostrożny bo bardzo mu na niej zależy i nie chce jej skrzywdzić.
UsuńDzięki, że wpadłaś. Pozdrawiam :)
Jasna cholera .No tak.Niby tak czasem myślałam, ale... Muszę to "przetrawić"
OdpowiedzUsuńLife is brutal ;) Masz czas na 'trawienie' do dzisiejszej mini
Usuń"Mam raka". Minęło 4 lata od operacji. To daje nadzieję. Nie musi być nawrotu. Mają szansę a on na wstępie rezygnuje. Chyba jest zbyt ostrożny. Ula to nie Paulina. Byle co jej nie odstraszy. Nie każ długo czekać na nowy rozdział.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam.
bewunia
Jest ostrożny, bo mu na niej zależy. Tu nie chodzi o to, że Ulka by go zostawiła, gdyby okazało się, że ma nawrót. Tu chodzi raczej o to, że chce jej oszczędzić cierpienia.
UsuńCo do nowego rodziału wracamy do starego schematu wtorek-piątek. Dziś wyjątkowo mini
Pozdrawiam :)
O Jezu! Amicus nigdy bym nie podejrzewala cie o to, że wymyslisz taki rodzaj raka....
OdpowiedzUsuńAle jak nie poruszac teaki tematów jak nie w internecie.
co do marka to jest on typowo inny niz już"wymalowany jego portret" w opowiadaniach. "Zazwyczaj wierny kobiecie"! Aż mnie zdziwilo..... poddaje się bez walki a przeciez miłośc przetrwa wszystko... Ula przecież nie jest taka on przetrwa to razem z markiem przeciez sie w nim zakochola czyli kocha marek ja też
Juz nie moge się doczekać kolejnej częśći ( zdradź kiedy sie pojawi)
pozdrawiaM pATKA
Lubię zaskakiwać ;) i tym razem postanowiłam z Marka zrobić fajnego faceta. Zapowiadałam, że w tym opowiadaniu będziecie mu współczuć. I tak się chyba dzieje po przeczytaniu, jak potraktowała go wieloletnia partnerka.
UsuńTak, jak już pisałam Bewuni wracam do publikacji we wtorki i piątki.
Pozdrawiam i dzięki za wpis! :)
Skoro już jesteś na pełnym etacie,to nie pozwól nam czekać tydzień na kolejny rozdział Wiem,że nie uśmiercisz jego samego i ich miłości przed wcześnie,no bo co by to była za sprawiedliwość,aby Ulka tylko traciła najbliższe jej osoby,a w zamian co? A Marek,dostała kopa od Palińci i świat ma mu się zawężyć przez kraba?
OdpowiedzUsuńZapewne zamieszkają razem z małą Betką,a Jaśkowi kupią mieszkanko,gdy sprzedadzą ich domu . Sielanka musi trwać,za wiele wycierpieli wszyscy.
Nie kombinuj i nie przysparzaj im więcej kłopotów.
Miłego leniuchowania.Pozdrawiam.
Jestem na pełnym etacie 'pisarskim' dzięki temu, że jestem na zebrobociu ;)
UsuńKolejny rozdział we wtorek, następny w piątek i tego schematu będę już się trzymać :) Dziś zapowiadana wcześniej mini.
Sielanka jest nudna ;)
Pozdrawiam :)
Bardzo ciekawy wątek podjęłaś w tym opowiadaniu, droga Autorko. Niestety, wielu młodych mężczyzn dotyka współcześnie choroba, o której piszesz. Dla wielu to koniec świata, ale tak nie powinno być. Miłość i bliskość drugiego człowieka to bardzo ważna, jeśli nie najważniejsza, terapia. Przykładów tego dostarcza i życie, i literatura. I dlatego Marek powinien podjąć tę terapię, choć się boi, choć obawia się, że skrzywdzi Ulę. Ale ja wierzę, że Ula go przekona, choć pewnie to nie będzie łatwe. Czekam niecierpliwie na dalszy ciąg.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie. A.
Bardzo smutne jest to opowiadanie. Pokazuje, jak walka z rakiem niszczy człowieka, jak on bardzo cierpi. Uli i jej rodzeństwu ciężko jest się pozbierać po stracie ojca. Zostali sierotami. Dobrze jednak, że mimo wszystko Ula się nie poddała. Czułam, że Marek też ma raka. Moje przypuszczenia się potwierdziły. Bardzo mi go szkoda. Przez to, że boi się skrzywdzić Ulę odchodzi od niej. A prawda jest taka, że potrzebuje bliskości i wsparcia bliskiej osoby. Dla Cieplakówny to też jest trudne. Straciła kolejną osobę, którą kochała.
OdpowiedzUsuńMam jednak nadzieję, że przekona Marka do tego aby z nią został.
Pozdrawiam serdecznie ;)
Amicus teraz to jest tak jakby Marek skrzywdził Ulę podwójnie.Powinni jednak spróbować .Lepiej mieć trochę szczęścia niż nic.Do Marka musi tylko dotrzeć,że "ta szklanka jest w połowie pełna" a nie " w połowie pusta"..Ula już wie,że Marek może umrzeć i czuje się z tym fatalnie.Wie też,że Marek nie chce z nią być i znowu czuje się fatalnie.Powinni być razem.Może na długo,może nie.Jeżeli nie spróbują to będą żałować podwójnie.Nie wiem,czy to jest jasny przekaz. Resztki szarych komórek mi zdychają w tym nadupale.Mam nadzieję,że jesteś w lepszej formie.Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuń