Kolejna notka pojawi się w piątek 25 kwietnia.
To spadło na nich jak grom z jasnego nieba. Owszem, Józef wcześniej miał problemy z sercem, miał cukrzycę, ale był pod stałą kontrolą lekarzy. Przyjmował odpowiednie leki i wszystko było w normie. I nagle zaczął chudnąć. Stracił apetyt, męczyły go nudności. Początkowo nic nie mówił córce. Wielokrotnie dopytywała, czy dobrze się czuje. Widziała, że stracił kilkanaście kilogramów. Zbywał ją. Nie chciał jej martwić. Wiedział, że jest bardzo zapracowana. Kilka miesięcy wcześniej po roku poszukiwań dostała wreszcie pracę w jednym z banków. Dodatkowo pomagała mu w opiece nad najmłodszą córką Beatką i nastoletnim Jaśkiem. Jego żona zmarła sześć lat temu podczas porodu. Został sam, a większość obowiązków jego żony przejęła Ula. Teraz złe samopoczucie zrzucał to na karb wysiłku fizycznego podczas remontu garażu i wahania poziomu cukru. Zapewniał, że robił badania i wszystko jest w porządku. Ale prawda była taka, że na badania nie miał czasu i pieniędzy. Tak bardzo chciał skończyć ten remont przed zimą, a pracy było jeszcze multum. Z czasem zaczął pojawiać się ból. W nadbrzuszu i plecach. Początkowo sądził, że to wynik dźwigania drewna i puszek z farbą. Nie był już najmłodszy. Ale ból zamiast ustępować, nasilał się. To skłoniło go by wreszcie udać się do lekarza pierwszego kontaktu. Miał szczęście. Nawet nie musiał czekać zbyt długo na USG. Najbliższy wolny termin był za dwa tygodnie. Lekarz stwierdził zapalenie trzustki. Włączono leczenie. Ale ból nie ustępował, a Cieplak wciąż tracił na wadze. W ciągu ledwie kilku miesięcy stracił ponad piętnaście kilo, a nigdy nie był osobą otyłą. Ta różnica w masie ciała była naprawdę widoczna. Przez silny ból szybko się męczył. Nawet zdecydował się po dwudziestu latach rzucić palenie. Pewnego jesiennego dnia ból był tak silny, że zabrało go pogotowie. W szpitalu wykonali szczegółowe badania. Diagnoza była pewna. Nowotwór trzustki. Cieplak dostał skierowanie do szpitala onkologicznego. Ula, gdy tylko się dowiedziała była zdruzgotana. Wspólnie z ojcem postanowili na razie nie martwić dzieciaków. Nic by to nie dało. Józef powiedział im tylko, że musi się dalej leczyć, ale w innym szpitalu. Zapewnił, że wszystko będzie dobrze, że będzie zdrowy, ale sam nie miał takiej pewności. Ula wyrzucała sobie, że zbyt mocno skupiła się na pracy. Wydawało jej się, że gdyby wcześniej zmusiła ojca do szczegółowych badań prawdopodobnie uniknęliby przerzutów. Niemal błagała szefa o dzień urlopu. Pracowała stosunkowo od niedawna, na dodatek bank miał problemy przez kryzys. To nie był najlepszy czas na wolne, ale ona musiała jechać z ojcem do lekarza. Musiała wszystkiego dopilnować i dowiedzieć się wszystkich szczegółów. Z samego rana znaleźli się pod Centrum Onkologii na warszawskim Ursynowie. Kolejka była ogromna. Porównywalna do tych, które ustawiały się w czasie PRL’u. Po dwóch godzinach wreszcie udało im się zarejestrować i zostali skierowani pod gabinet numer trzydzieści siedem. Przed nimi było piętnastu pacjentów. Józef zmęczony ciężko opadł na jedno z nielicznych, wolnych krzeseł. Ula również dość już miała tego harmidru. Na dodatek była zestresowana. Spojrzała na zegarek. Wskazywał ósmą dwadzieścia. Mieli jeszcze sporo czasu, nim lekarz zjedzie do pacjentów. Z tabliczki przytwierdzonej do drzwi dowiedziała się, że Seweryn Kołodziej rozpoczyna pracę od dziesiątej. Westchnęła ciężko. Rozejrzała się po długim korytarzu. Dziesiątki ludzi. Starych, młodych, kobiet i mężczyzn. Wszyscy w kolejce po życie. Łza zakręciła jej się w oku widząc wycieńczoną dziewczynę w jej wieku. Z miłością spojrzała w stronę swojego ojca, który pogrążony był w rozmowie z jakimś starszym panem. Wiedziała, że musi zrobić wszystko, by jej ojciec wrócił do zdrowia. Musiała to zrobić dla siebie i dla młodszego rodzeństwa. Nie dopuszczała do siebie myśli, że mała Beti zostanie sierotą w tak młodym wieku. Siedząc na korytarzu miała wrażenie, że każda kolejna upływająca minuta liczy godzinę. Wreszcie pojawił się personel. Lekarze i pielęgniarki zaczęli stopniowo zajmować kolejne gabinety. Kwadrans po dziesiątej w drzwiach gabinetu trzydzieści siedem pojawił się około czterdziestoletni blondyn w białym kitlu. ‘Zapraszam pierwszą osobę’ powiedział donośnym głosem. Staruszka uwieszona na ramieniu syna ruszyła do przodu. ‘Nareszcie’ odetchnęła Ula. Miała nadzieję, że już niebawem będą w domu.
Józef był już wyraźnie zmęczony hałasem, duchotą i tą
przytłaczającą atmosferą tego budynku. Spojrzała na niego z troską.
- Może przyniosę ci coś do picia,
tatusiu?
- Nie dziękuję. Mam w torbie
butelkę wody. Która godzina?
- Dwunasta.
- Jeszcze dziesięć osób przed
nami. Strasznie wolno to idzie.
- Poczekamy. Nigdzie nam się nie
spieszy. Pani Szymczykowa zajmie się dzieciakami – uspokajała ojca, ale sama
miała już dość.
Pacjentów na korytarzu stopniowo ubywało. Chwilę po trzynastej wolne miejsce obok niej zajął jakiś mężczyzna. Początkowo nawet nie zwróciła na niego uwagi, ale gdy podeszła do niego pielęgniarka, uważnie przysłuchiwała się ich krótkiej rozmowie
Pacjentów na korytarzu stopniowo ubywało. Chwilę po trzynastej wolne miejsce obok niej zajął jakiś mężczyzna. Początkowo nawet nie zwróciła na niego uwagi, ale gdy podeszła do niego pielęgniarka, uważnie przysłuchiwała się ich krótkiej rozmowie
- O jest pan panie Marku –
starsza kobieta uśmiechnęła się do niego serdecznie
- Zgodnie z umową – odparł
- Doktor już czeka. Przyjmie pana
jeszcze przed przerwą obiadową. Tam w tej chwili jest pacjent, ale za chwilę
pana poproszą. Tutaj ma pan numerek i wszystkie dokumenty – mówiąc to podała mu
kilka kartek
- Bardzo dziękuję. Jest pani
nieoceniona – posłał jej uroczy uśmiech i zajął swoje miejsce. Wyciągnął ze
skórzanej teczki tablet i zaczął przeglądać najświeższe wiadomości
- Pan też do gabinetu trzydzieści
siedem? – zapytała Ula, obrzucając go badawczym spojrzeniem. Nie miał więcej,
jak trzydzieści, góra trzydzieści dwa lata. Przystojny, dobrze ubrany. Woń jego
perfum roznosiła się po całym korytarzu.
- Tak – rzucił nawet na nią nie
spoglądając
- A który ma pan numer? –
dociekała. Spojrzał na nią z pewną nutą niechęci i sięgając ręką do kieszeni
swojego sportowego garnituru wyciągnął mały świstek.
- Dwanaście.
- No właśnie. A przyszedł pan
chwilę temu – spojrzała na niego sugestywnie
- O co pani chodzi? – zapytał lekko
zirytowanyi wlepił w nią swoje spojrzenie
- Przyjechałam tu z moim tatą o
szóstej rano. Czekamy już tyle godzin i nie zanosi się na to, że wyjdziemy
stąd przed piętnastą – westchnęła ciężko
- I co? Co mi pani sugeruje? Że
się bezczelnie wciskam? – niemal warknął spoglądając jej w oczy. Ten błękit.
Jeszcze nigdy w życiu nie widział takich tęczówek. Po chwili odgonił od siebie
te myśli i kontynuował – Nie proszę pani!
Jak pani ojciec będzie tu po raz kolejny, to też będzie się mógł umówić
wcześniej na konkretny dzień i przyjechać na wyznaczoną godzinę. Bardzo mi
przykro, ale pacjenci pierwszorazowi muszą czekać – skończył swój wywód i
wrócił do przeglądania portalu z notowaniami giełdowymi
- Przepraszam, nie wiedziałam.
Siedzimy tu już wiele godzin. Tata jest zmęczony. A pan długo już się leczy u
doktora Kołodzieja?
- Wystarczająco długo, żeby
wiedzieć, iż ten specjalista jest wart każdej godziny spędzonej pod jego
gabinetem. I tak mieliście dużo szczęścia, że trafiliście akurat do niego. Nie
jest łatwo się tu dostać.
- Pan też ma nowotwór trzustki? –
zapytała. Postanowiła dowiedzieć się od tego człowieka jak najwięcej. Skoro
leczy się już jakiś czas, miała nadzieję, że nieco wprowadzi ją w temat. Ona
póki co o raku tego typu wiedziała niewiele i to głównie z Internetu, który nie
był wiarygodnym źródłem informacji.
- Nie – rzucił krótko.
Najwyraźniej ta młoda, o przeciętnej urodzie, dziewczyna miała ochotę sobie
porozmawiać. A on wybitnie nie miał na to dzisiaj ochoty. Zwłaszcza na ten temat.
- Ale też jama brzuszna? – dociekała.
- Książkę pani pisze?! –
zirytował się. Już miał powiedzieć coś jeszcze, ale otworzyły się drzwi
gabinetu i pielęgniarka zaprosiła go do środka. Odszedł bez słowa.
Amicus
OdpowiedzUsuńPrzechodzisz od słowa do czynu. Chciałam rozdział, to mam rozdział. Swoje usprawiedliwienie dotyczące tej kwestii zostawiłam pod Twoim komentarzem u mnie na blogu. Ale wracam do Twojej historii.
Ona zaczyna się niezwykle intrygująco. Nawet mogę powiedzieć, że mnie wessało, a tu nagle Dobrzański wszedł do gabinetu i był koniec. Od niego też zacznę.
Świetny sposób wymyśliłaś, żeby tych dwoje się poznało, chociaż rozmowa nie należała do najprzyjemniejszych. Zaraz pomyślałam o swoim wyczekiwaniu na wejście do specjalisty, bo ostatnio często się wycieram po różnych przychodniach. Tak właśnie to wygląda, że przychodzą pacjenci nie umówieni, lub szpitalni, którzy wchodzą poza kolejnością, a jeśli trafi się jeszcze przedstawiciel firmy farmaceutycznej, to już w ogóle przerąbane i można na korytarzu zakwitnąć.
Swoją drogą ciekawe co doskwiera Markowi. Ula nie dowiedziała się tego, bo on poczuł się zirytowany jej pytaniami. Z czasem pewnie to wyjaśnisz.
Obciążyłaś Józefa nowotworem trzustki. Z tego co wiem, to rak dający jeden z najwyższych wskaźników umieralności i rzadko się zdarza, by ktoś przeżył dłużej niż 6 miesięcy. Znam przypadek, że kobieta przeżyła po resekcji guza 4,5 roku, ale ona w chwili rozpoznania nie miała przerzutów. Z reguły pierwsza diagnoza wiąże się z tym, że chory je ma i dlatego tak trudno jest wyleczyć tego rodzaju nowotwór. U Józefa dodatkowo jest jeszcze chore serce i nie wiadomo jak zniesie operację i czy w ogóle ją przeprowadzą. Na razie ja nie wróżę mu długiego życia, ale może Ty pozwolisz mu jeszcze trochę się nim nacieszyć.
Ula jest z tym wszystkim sama. Nie chce martwić rodzeństwa. Myślę, że ciężkie czasy przed nią. Będzie musiała wybierać między pracą w banku, a obecnością przy ojcu i już wiadomo, że postawi na to drugie.
Bardzo, bardzo jestem ciekawa dalszego rozwoju wypadków i chociaż pragnę już, natychmiast przeczytać, co dalej, to cierpliwie poczekam do 25-go.
Serdecznie pozdrawiam. :)
Wybrałam akurat nowotwór trzustki, bo jest zdecydowanie ten, który można nazwać 'cichym zabójcą'. Jest jednym z najpóźniej wykrywanych nowotworów i takim, który bardzo długo nie daje objawów.
UsuńMusiałam kogoś obarczyć chorobą na potrzeby opowiadania. Wolałam, żeby to był Józef niż np. Jasiek. Zawsze to lepiej, gdy z chorobą śmiertelną zmaga się ktoś, kto już coś przeżył, niż osoba młoda, która dopiero wchodzi w życie.
O Marku pisać nie będę. Wyjaśni się to za kilka rozdziałów.
Tym razem nie dam się namówić na wcześniejszą publikację, więc musisz cierpliwie czekać;)
Pozdrawiam :)
Ja nie namawiam. Wszak napisałam w komentarzu, że czekam cierpliwie do 25-go.
UsuńI skad ty bierzesz te pomysly ? Zaczyna sie niezle, on zadumany w sobie paniczyk, przypuszczam, ze chory to on nie jest moze sie myle).
OdpowiedzUsuńJozef niestety ma jednego z najgorszych nowotworow...
Ule wyrzuca z pracy ? NIe bedzie mogla czasowo pogodzic wszystkiego ?
Bedzie szukac pracy wszedzie ... i spotka pewnie kogos zadufanego w sobie...
Do 25-ego kupa czasu ale my jestesmy wytrenowane czytelniczki (trenujesz nasza cierpliwosc i zdolnosc czekania juz od pewnego czasu - trenerka jestes niezla wiec rezultaty masz rewelacyjne - poczekamy !).
Byczuchnow brak, a przeciez wiosna idzie i na pastwiskach robi sie zielono !
Skąd biorę pomysły? Z życia moja droga, z życia ;) Co do Twoich przypuszczeń... Nie potwierdzam, nie zaprzeczam ;)
UsuńCzekajcie, a będzie Wam to wynagrodzone!
Pozdrawiam :)
No no ciekwa naprawde, juz w pierwszym rozdziale ula z markiem sie klócą....
OdpowiedzUsuńCiekawe co z tego wyjdzie
a kiedy pojawi sie mini? pozdrawiam patka
Amicus
OdpowiedzUsuńU mnie nowy rozdział nowego opowiadania. Zapraszam. :)
Opowiadanie nie zapowiada się kolorowo, bo Ula nie ma pracy, w dodatku jej ojciec ciężko choruje.
OdpowiedzUsuńMarek nie zachował się w stosunku do Uli grzecznie. Mogła mu się nie podobać, ale szanować należy każdego.
Jestem bardzo ciekawa jak rozkręcisz to opowiadanie.
Pozdrawiam i zapraszam do mnie na pierwszą część opowiadania! ;)
Amicus,nigdy (mam nadzieję) nie przestaniesz mnie zaskakiwać.Jestem zaciekawiona,zaniepokojona i załamana (tak odległym terminem zaspokojenia mojej ciekawości)Ale trudno ,jesteśmy już " naumiane' tego czekania.Pozdrawiam i jak zwykle kłaniam się niziutko.
OdpowiedzUsuńAmicus ,życzę Ci zdrowych i pogodnych świąt,samych ciekawych i zabawnych jajeczek,wesołych zajęcy( byle nie szaraków) i weny bez przerwy.
OdpowiedzUsuńAmicus,
OdpowiedzUsuńna początku przepraszam Cię, że tak długo nie komentowałam, ale wiedz, że czytałam na bieżąco w każdej wolnej chwili. Niestety, szkoła absorbuje mnie tak bardzo że zarówno Twoje, jak i Małgosi oraz innych dziewczyn opowiadania, czytam na telefonie w pociągu, a ich późniejsze komentowanie nie jest komfortowe.
Ale odnosząc się do opowiadania - jak zwykle u Ciebie, zaczyna się bardzo ciekawie. Znajomość (no, może to na razie za duże słowo) która ma swój początek na szpitalnym korytarzu... Kurczaczki wielkanocne, jeżeli to Marek, a to na pewno Marek, jest chory, a tytuł opowiadania ma coś sugerować, to ja nie widzę szczęśliwego zakończenia... Obym się myliła!
Pozdrawiam Cię serdecznie :) Jednocześnie zapraszam do siebie ;)
Czekamy na obiecany wpis ‼ Masz mnóstwo wielbicieli,którzy czytają twoje opowiadania i nie mogą doczekać się dalszych wydarzeń. Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuń